piątek, 15 września 2017

Zapraszam na Fejsbuka

Kochani Czytelnicy,
nie mam już siły jechać naraz na dwóch torach, zatem będę zwijać bloga i zapraszam na mój profil na fejsbuku: Stas Tekieli.
W dalszym ciągu prowadzić będę bloga po łacinie:
https://www.blogger.com/blogger.g?blogID=1351253733022687440#allposts
gdzie wszystkie świństwa z mózgu bez ogródek wylewam (no prawie), w poczuciu bezkarności, że kto to w końcu przeczyta:-)
Do zobaczenia tu lub tam,
Burdubasta

niedziela, 10 września 2017

Rozmowy z Lemem - wspomnienie Jana Gondowicza

"Lem powiedział mi (samokrytycznie): <Łatwiej wymyślić smoka z oczami z tysiąca słońc niż ośmionogą muchę>. A ja na to: <Myśli pan, że ktoś w tym kraju wie, ile nóg ma mucha? Albo pająk?> A Lem: <No tak, u nas drzewa dzielą się na liściaste i iglaste, a sery na biały i żółty>. Wszystko to mi redakcja pisma wykreśliła jako stosunkowo mało podniecające. Pewno słusznie".
(ukradłem Elizie Kąckiej)

czwartek, 7 września 2017

Jak kobieta zagnie parol

"[P]owiada Proudhon, że kobiety w Egipcie prostytuowały się publicznie z krokodylami (De la celebration du dimanche*, 1850) ..." [Jan Gondowicz, "Zoologia fantastyczna uzupełniona"]
Nie wiem tylko, czy "prostytuowały" to dobre tutaj słowo - pieniędzy chyba od tych bestii nie brały?
Przypomina mi się też z wykładów prof. Niwińskiego, że w staroegipskim była fraza "iść do krokodyli", czyli iść się zabić, bo najczęstszym pono sposobem samobójstwa było rzucenie się do Nilu. (Dziś podobno są tylko powyżej tamy w Asuanie.) Więc odważne te kobiety być musiały, zdeterminowane.
* diakryty olewam

Na progu Zaświatów

Na progu Zaświatów witają nas rzeczy tak przerażające, że aż umierać strach. Potem jest łatwiej. Mądrzy Egipcjanie i Tybetańczycy wyposażyli swych zmarłych we wskazówki, jak do tego "łatwiej" w miarę bezstresowo przejść; my zdani jesteśmy na spontan, ew. modlitwy bliskich.
A tak ten próg wygląda wg Wergilego (Aeneis 6, 273):
uestibulum ante ipsum primisque in faucibus Orci
Luctus et ultrices posuere cubilia Curae,
pallentesque habitant Morbi tristisque Senectus,
et Metus et malesuada Fames ac turpis Egestas,
terribiles uisu formae, Letumque Labosque;
tum consanguineus Leti Sopor et mala mentis
Gaudia, mortiferumque aduerso in limine Bellum,
ferreique Eumenidum thalami et Discordia demens
uipereum crinem uittis innexa cruentis.
in medio ramos annosaque bracchia pandit
ulmus opaca, ingens, quam sedem Somnia uulgo
uana tenere ferunt, foliisque sub omnibus haerent.
multaque praeterea uariarum monstra ferarum,
Centauri in foribus stabulant Scyllaeque biformes
et centumgeminus Briareus ac belua Lernae
horrendum stridens, flammisque armata Chimaera,
Gorgones Harpyiaeque et forma tricorporis umbrae.


wtorek, 5 września 2017

Hatakumba


Michał Cichy o świetnej książce Wioletty Grzegorzewskiej



"Stancje" Wioletty Grzegorzewskiej kupiłem w empiku na Świętojańskiej w Gdyni 31 sierpnia, nazajutrz po premierze. Czekałem na tę książkę. Bardzo mi się podobały "Guguły".
Byliśmy z żoną w Gdyni jak co roku na krótkich wakacjach w trakcie festiwalu literackiego towarzyszącego Nagrodzie Gdynia. Chodziliśmy na spotkania, które w jakiś sposób podsumowywały ubiegły rok w literaturze. Ale potem wracałem na ósme piętro hotelu Mercure i zamiast lektur z zeszłego roku czytałem "Stancje".
Jest to tak klasyczny Bildungsroman, jak tylko można sobie wyobrazić. Kontynuacja autobiograficznej opowieści o dziewczynce z jurajskiej wsi przezwanej Hektary. Minęło kilka lat, dziewczynka stała się dziewczyną i pojechała do Częstochowy studiować polonistykę.
"W ciągu trzech lat, od dnia, w którym wysiadłam na dworcu, żyłam jak poczwarka związana oplotem; szłam z walizką, pozwalając po drodze, by inni wybierali dla mnie rolę, dyrygowali i wyznaczali kierunek dalszej podróży".
Wiola nie dostała miejsca w akademiku i zaczepiła się w hotelu robotniczym Wega, prowadzonym przez jej znajomą z sąsiedniej wsi. Poznajemy ciecia Waldka, który czytuje stare roczniki ezoterycznego pisma o kosmosie "Urania". Który kochał się kiedyś w Adelce, co to jej nigdy nie było wieczorami, bo pracowała na nocki w fabryce makaronu. (Tak mu mówiła). Poznajemy dwóch braci Rosjan, handlarzy z bazaru, Aleksa i Siergieja. Siergiej deklamuje wiersz Tiutczewa o tym, że umom Rossiju nie ponjat' i uczy Wiolę rzucać nożem. Aleks opowiada o krowach Aprielce i Majce i o oswojonej wronie imieniem Kara. Potem obaj uratują ją przed pobiciem przez skinów.
Meta w Wedze kończy się gwałtownie któregoś wieczora najazdem policji. Przypadkowo spotkana na dworcu starsza pani okazuje się siostrą przełożoną z domu oblatek, sióstr bezhabitowych, i zaprasza Wiolę do swojego zgromadzenia, gdzie będzie mieć dla niej lokum w zamian za mycie podłóg, konfesjonałów i świętych figur.
Matce przełożonej co jakiś czas teraźniejszość miesza się z przeszłością, zwłaszcza przeszłością z obozu w Ravensbrück, a Wiola wydaje jej się zamordowaną w obozie córką Anią. Wiola musi znów zmienić miejsce pobytu.
W retrospekcjach wracają postacie ze wsi - dziadek Władek z monologami wygłaszanymi gwarą i babcia Stefania. Z uczelni poznajemy profesora Brankowskiego, "częstochowskiego Brücknera albo pana od słowników" o "psychopatycznej naturze", w którym można rozpoznać znanego etymologa i oryginała (który dał dzieciom na drugie Siemirada, Jarowit i Dobiesława) profesora Andrzeja Bańkowskiego.
Pojawia się ważny wątek: seksualność. Pan Kamil, poznany jeszcze na wsi starszy o dziesięć lat mężczyzna, pierwsza miłość. I zazdrosny kolega z roku Piotrek.
Ta historia zamyka się na 186 stronach. Opowiedziana chronologicznie z kilkoma wyjątkami.Gęsta. Zmysłowa. Opisana w detalu, czystym konkrecie. "Zegar z zezowatą Myszką Miki" w hotelu Wega. "W brulionie z żonkilem z Wrocławskich Zakładów Papierniczych piszę opowiadania".
Grzegorzewska opisuje widoki, zapachy, dotyk. Myślę, że jest to w równym stopniu zasługa dobrej pamięci, co starannej rekonstrukcji.
"Skręcam w stronę świetlicy, odchylam koralikową zasłonę i staję na progu, wdychając zapach świeżo parzonej kawy, który tłumi mdły fetor zeszłowieczornej bibki".
Chińskie zupki w stróżówce Waldka w Wedze: "Gdy sprężynki makaronu puchną, a po kanciapie roznosi się zapach sosu sojowego, podaje naszą kolację na metalowej pokrywce po bombonierce".
Grzegorzewska, zanim została prozaiczką, była przez lata poetką. I to po latach odpłaca się z procentami. Poetycką czułością detalu, porównania, opisu z dokładnością do pojedynczego słowa.
"Słońce przenika niecki basenów, zmienia zapach i kolor naszych młodych, pachnących chlorem ciał, rozprasza się na pomarańczowych kortach tenisowych, podważa żarem wieżowce i w końcu nabija się na maszt wieży telewizyjnej".
Bardzo dobra książka. Czytajcie.